Sen, który przesunął granice mojego życia
Wszystko zaczęło się około dwóch lat temu. W 2023 roku przyśnił mi się sen — proroczy, jak się wtedy wydawało — zapowiadający moją własną śmierć. Kiedy dokładnie miał miejsce ten sen, nie potrafię dziś powiedzieć. Co więcej, nie pamiętam jego treści. Skąd więc cała ta opowieść?
Od lat korzystam codziennie z kalendarza w smartfonie. Zapisuję w nim wszystkie spotkania, terminy, wizyty lekarskie, kończące się umowy czy abonamenty. Nawyk ten pozwolił mi oczyścić głowę z natłoku rzeczy do zapamiętania. Znajdują się tam także daty urodzin i imienin moich bliskich. Nietrudno się więc domyślić, że dwa lata temu — po tamtym śnie — wpisałem do kalendarza datę 1 maja 2025 roku z notatką: „Według mojego snu sprzed 2 lat, dzisiaj umrę”.
Nie pamiętam, żebym to zrobił. A jednak, gdy dwa miesiące temu przeglądałem przyszłe wydarzenia, natknąłem się na ten wpis. Byłem zaskoczony, a nawet lekko przerażony. Wpis nie wziął się znikąd — nikt poza mną nie miał do niego dostępu, a ja nie mam w zwyczaju robić sobie tego typu żartów. Jestem pewien, że musiałem go dodać sam, pod wpływem silnego wrażenia, którego dziś już nie pamiętam.
Dziś, pisząc ten tekst, mamy 7 maja i — jak się domyślacie — nic się nie wydarzyło. Mimo to, noc z 30 kwietnia na 1 maja przeżywałem z pewnym niepokojem. Obudziłem się, jak zwykle, około trzeciej nad ranem. Przez chwilę nasłuchiwałem, czy nie zbliża się zawał, udar, cokolwiek, co mogłoby oznaczać koniec. Również przez cały dzień miałem wrażenie, że coś może czyhać za rogiem — coś, co odbierze mi życie.
Pierwszy maja minął spokojnie, choć w lekkim napięciu. Ostatecznie nic się nie wydarzyło. Pomyślałem więc: głupi sen i tyle. Życie wróciło na zwykłe, szare tory codzienności.
W weekend, a dokładnie w niedzielę 4 maja, naszły mnie jednak nowe refleksje. Można by je nawet nazwać rewolucyjnymi. Zanim do nich przejdę, uporządkujmy fakty i wydarzenia ostatnich dni, by lepiej zrozumieć kontekst.
1 maja wypadał w czwartek. Następnego dnia, w piątek 2 maja, miałem niespodziewaną wizytę w poradni neurologicznej. Chodziło o terapię lekiem Evrysdi, mającą zatrzymać postęp zaniku mięśni, z którym żyję od 45 lat. Przez wiele lat nie było skutecznego leczenia, ale od niedawna pojawiły się nowe terapie. W moim stanie – jako dorosłego pacjenta z zaawansowaną postacią choroby – sukcesem jest już samo zahamowanie jej postępu.
Początkowo podchodziłem sceptycznie do wcześniejszej terapii polegającej na iniekcjach do rdzenia kręgowego co trzy miesiące. Moje ciało, a zwłaszcza kręgosłup, jest zbyt zniszczone, bym chciał to znosić regularnie do końca życia. Pojawienie się leku w formie syropu było dla mnie przełomem – wreszcie coś, co jestem w stanie zaakceptować.
Po wizycie 2 maja moje nastawienie do życia zmieniło się diametralnie. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia. Po tylu latach wspólnego życia z moim „przyjacielem” zanikiem mięśni — bo tak już pozwalam go sobie nazywać — warto spróbować go zatrzymać. Może to właśnie dobra okazja, by go przystopować.
I tu dochodzimy do sedna sprawy — po co właściwie to wszystko piszę?
Może teraz zabrzmi to trochę górnolotnie, ale pozwólcie, że się trochę „powymądrzam”. Czym tak naprawdę jest nasze życie? Snem? Filmem? Symulacją? A może czymś zupełnie innym? Nikt z nas tego nie wie. Żadna religia, żadna teoria nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi. Tajemnica życia i śmierci pozostaje dla nas nieodkryta.
Podsumowując tę historię: dwa lata temu otrzymałem sygnał — być może z samego środka mojej podświadomości — że moja podróż dobiega końca. Jednak coś się wydarzyło. Coś, co sprawiło, że zamiast końca, pojawiło się nowe „paliwo”. Dzień po przewidzianej „dacie końca” rozpocząłem terapię, która może przedłużyć moją przygodę. Może właśnie o to chodziło? Tak to sobie tłumaczę – i, choć to tylko intuicja, to dla mnie ma sens.
Życie każdego z nas jest drogą. Celem tej drogi jest śmierć — kimkolwiek ona jest i cokolwiek po niej następuje. Po drodze spotykamy ludzi, podejmujemy decyzje na rozwidleniach, pokonujemy zakręty i czasem, gdy kończy się nam paliwo, dobrze jest zauważyć stację benzynową. Ja właśnie na takiej stacji się zatrzymałem. Zatankowałem. I jadę dalej…






